MATKOWIE

Mężczyźni zamawiają kawę. Jerzy bezkofeinową. Niemowle na jego rękach zaczyna płakać.

– Przepraszam cię, jest głodny.

Jerzy rozpina koszulę. Marek ucieka wzrokiem.

– Najgorsze w karmieniu piersią jest golenie sutków. Żałuję, że nie zdecydowałem się na depilację laserową. Kuracja hormonalna to przy tym małe piwo.

– Równouprawnienie, co? Dobrze, że nie musiałeś go urodzić.

– Zdecydowaliśmy się na sztuczną surogatkę. Daj spokój, Bożena nie mogłaby tak zarzucić całego życia na kilka miesięcy.

– A ty? Możesz?

– Wiem do czego pijesz, Marek. Ale to kobiety są teraz wykształcone, ambitne, spragnione życia. Mieliśmy swoje dziesięć tysięcy lat. Teraz to ich czas. A ja… lubię być matkiem.

OBJAWIENIE

Nie wiemy co się stało.

Wszelka idea pieniądza rozmyła się jak zły sen. Krążki metalu, kolorowy papier, sudoku księgowe. Długi, raty, kredyty, pożyczki, banki, ekonomia… jak mogliśmy pozwolić im rządzić naszym życiem?

Następne były zbrodnia, przemoc i kara. Więźniów wypuszczono z przeprosinami. Oni przeprosili. Nikt nie potrafił zrozumieć czemu to wszystko miało służyć. Ustały wojny. Koncepcja narodu, historii, religii, rasy, wieku – wszystko stało się tak bardzo błahe. Śmiechu warte wręcz.

Spojrzeliśmy na siebie inaczej. Jakby z luster opadła srebrzysta patyna. Inny, lecz taki jak ja. Człowiek i człowiek. Przez kilka godzin byliśmy ludzkością.

A potem wszystko wróciło do normy.

ZA LINIĄ CHMUR

Wilbur patrzył na brata odrywającego się od ziemi w lotosamie. Nie wierzył własnym oczom. Orville latał.

Ledwie rok temu Orville przybył do niego z pomysłem. Lotosam: rydwan powietrzny bez wierzchowców. Gryfy, pegazy, nawet smoki bały się latać ponad linią chmur. Tylko maszyna da radę sięgnąć gwiazd, wykraść skarby niebieskie.

Pomysł dobry na papierze. Wiele prototypów nie utrzymywało się w powietrzu dłużej, niż leniwy kamień. Roztrwonili fortunę, zszargali nazwisko, jednak odkryli tajemnicę lotu: więcej skrzydeł!

Dwudziestotrójpłatowiec już minutę wiruje w powietrzu. Coraz wyżej. Między klucze kaczek. Wbrew grawitacji. W śmietanę cumulusów, tarczę słońca, wielki błękit.

I nagle… roztrzaskał się o nieboskłon.