
Urodziłem się w domu o szarych ścianach.
Dom stał na smutnej ulicy w przygnębiającym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje.
Miałem smutną matkę, gniewnego ojca, rozczarowane rodzeństwo, wycofanych dziadków, niewielu przyjaciół. Wszyscy żyli, jakby chcieli być gdzie indziej.
Żyłem w niespokojnych czasach w ponurym kraju z tragiczną historią. Nikt tu nie był zadowolony, nawet, gdy miał wszystko.
Była to popielna planeta orbitująca przygasające słońce w Galaktyce Łez, części Megagromady Żalu w Uniwersum Anhedonii, gdzie życie dopiero powstało, a już było wszystkim zmęczone.
Naszą odnogę wieloświata zwą „Straconą Szansą”. Nikt jej nie odwiedza.
Mamy takie przysłowie: Wszędzie źle, ale w domu…







