Gdy twórca rzeźbi w kamieniu, nabożnie składa drewno, pieczołowicie wykuwa metal, to oddaje coś z siebie.
Czas, miłość, duszę. Pierwiastek boskiej cząstki, która stworzyła też jego.
Dość, by wagi niebieskie na sądzie ostatecznym uznały przedmiot za godny.
Najpiękniejsze osiągają świętość. Są odbiciem samego aktu stworzenia świata.
Mogą też trafić do piekła. Demony są doskonale uzbrojone.
Ale większość trafia tutaj. Dlatego czyściec to wysypisko śmieci. Pełen jednorazowych pojemników, mebli z trocin, technologicznych mód z plastiku i krzemu.
Nieochrzczone dzieci masowej produkcji i nienasyconej konsumpcji.
Żyjemy pośród tych platonicznych imprintów. Niepięknych, niekochanych, zapomnianych i zbytecznych.
Spieszę donieść, że pojawiła się nowa publikacja z moim opowiadaniem. Drabble Lustrzak znajdziecie w najnowszym numerze pisma Mlem. Tematem numeru były lustra i odbicia. Jeżeli ciekawi jesteście jak temat ugryzłem, przeżułem i wyplułem to zapraszam do numeru:
Niefrasobliwie kliknąłem zgody bez czytania. Prawa do skrawków mojej osoby trafiły do rąk efemerycznych bytów prawnych.
Na drodze bankructw, przejęć i transakcji łączonych, zostałem współposiadany przez sto dwanaście spółek. Prawa przeskakują z jednej korporacji na inną niczym piłeczki pingpongowe.
Pojawiam się w dziwnych miejscach. Reklamach, memach, grach komputerowych, filmach generowanych przez AI. Polecam lub odradzam rzeczy, o których istnieniu nie miałem pojęcia.
Jestem pozwany o kilkanaście zniesławień. Jestem powodem w kilkudziesięciu sprawach.
Już pewien jestem, że nie odzyskam siebie.
Sam nie wiem co powiedziałem, a co powiedziano w moim imieniu.
Oto tłumaczenie protoazteckich inskrypcji na portalu, który astronauci znaleźli na Księżycu:
“Rodacy Ziemianie…
Jesteśmy waszym starszym rodzeństwem z równoległej rzeczywistości.
Nasza Ziemia przeszła rewolucję agrarną trzy tysiące lat wcześniej. Polecieliśmy w gwiazdy, okiełznaliśmy antymaterię i przekroczyliśmy czwarty wymiar.
Dotarliście samodzielnie na swój Księżyc. Stworzyliście konieczną technologię, cenicie więc postęp i współpracę.
Wielu odnogom nie udało się to nigdy.
Zostawiamy wam ten portal, abyście mogli dołączyć do nas, do Panludzkości.
Nasze linie granic, nazwy państw i bogów mogą się różnić, ale dzielimy wspólną gałąź drzewa ewolucji.
Niech nasza rodzina się połączy.”
Uruchomiliśmy portal. Przeszliśmy na drugą stronę.
Przeczytałem zbiór opowiadań “Bogowie i Pielgrzymi” Marcina Monia. I jestem tak zadowolony z lektury, że postanowiłem zrobić coś, czego nie robię przeważnie: napisać pełnoprawną recenzję.
Na wstępie: widać, że Marcin pisze nie od dziś, bo językiem włada sprawnie. Ma też rodzaj wyobraźni, który lubię: stawia śmiałe założenia, łączy odległe fakty, ale też wyciąga z nich logiczne wnioski.
Każde z opowiadań zabrało mnie w ciekawe miejsce, również każde zostawiło mnie z żywym obrazem w głowie i piramidą pytań. Pozwolę sobie streścić i skomentować je po kolei:
Nadzorca
Zbiorek otwiera niecodzienna wizja, której bohaterami są więźniowie i uczestnicy eksperymentu prowadzonego przez kosmitów. Opowiadanie ma fajny opresyjny klimat. Wydaje się, że pod przykrywką konwencji SF typu “CUBE”, kryje się głębsza metafora społeczna. Obawiam się jednak jej subtelność trochę mi umknęła. Moim kluczem do odczytania była nieobecność samych kosmitów-projektantów: pod ich nieobecność ludzie potrafią sami uczynić swoją egzystencję piekłem. Czy odczytałem poprawnie?
Uchwycone w zwierciadle
Piękne Science fiction w pełnej krasie. Statek kolonizacyjny ląduje na planecie i odkrywa oprócz prostego życia, ślad dziwnego obcego artefaktu. Tenże artefakt będzie niemym świadkiem tego, jak załoga skacze sobie gardeł. Świetny pomysł na rotacyjny system hibernacji załogi i jego masakryczne konsekwencje.
Definitywnie moje ulubione opowiadanie ze zbioru. Jednak od razu tu ostrzeżenie, że tekst porusza bardzo ciężkie tematy.
Gdy gwiazdy się ułożą
Tu dla odmiany tekst o bardziej humorystycznym charakterze, choć początkowo nic tego nie wskazuje. Szczerze mówiąc wręcz nachodzi mnie myśl, że humorystyczny aspekt opowiadania nadszedł później w trakcie jego pisania, bo nie do końca pasuje do reszty.
Jedna długa noc
Jedna długa noc, to bardziej obrazek SF, niż opowiadanie. Nic w nim się nie zmienia, nie ma konfliktu, prawie nie ma wydarzeń. Jest tylko jedna bohaterka na pokładzie statku kosmicznego, którą jest niepokojąco pogodzona ze śmiercią.
Drugie miasto
Kolejne opowiadanie to wizja iście dickowska. Oto mamy równoległą rzeczywistość, a droga do niej prowadzi przez zażycie narkotyku pochodzącego niewiadomo skąd. Cała opowieść umieszczona w ramie rozmowy bohatera i jego dilera. Tu niestety znów zakończenie pozostawia nas w niepewności co do natury świata.
Szept pielgrzymów
Najbardziej rozbudowana z przedstawionych fikcji. Bohaterowie uwięzieni w arktycznej bazie nawiązują kontakt z istotami o wyjątkowej mocy. Szept Pielgrzymów to przede wszystkim doskonale językowo zrealizowana opowieść – mam wciąż w głowie plastyczny obraz katastrofy helikoptera na początku opowiadania. Opisy niesamowitych zdarzeń zdradzają tu subtelne podpowiedzi na temat istot, z którymi mamy do czynienia i dopiero poznawszy je potrafimy spiąć wydarzenia w całość. Opowiadanie niestety kończy się jakby w połowie, nieszczególnie dramatycznym wydarzeniem i daje nam epilog, który może jest logiczną konsekwencją wydarzeń, ale pozostawia pewien niedosyt.
Sumarycznie Bogowie i Pielgrzymi to zgrabnie napisany zbiór opowiadań, któremu moim zdaniem niewiele brakuje. Gdybym mógł sobie zażyczyć czegoś od autora to mocniejszych rozwinięć i jeszcze bardziej mocnych zakończeń. Na ten problem cierpią właściwie wszystkie opowiadania (najmniej “Uchwycone w zwierciadle”). Każde z nich prosi się o rozbudowanie o jeszcze jeden zwrot akcji i zakończenie rozwalającą głowę konkluzją.
Może to pomysł autora na zbudowanie w nas czytelniczego głodu? Jeżeli tak to skuteczny, bo definitywnie mam ochotę na więcej.
Zbiór Bogowie i pielgrzymi ściągniecie za darmo w kilku różnych formatach dokładnie stąd.