Przeczytałem zbiór opowiadań “Bogowie i Pielgrzymi” Marcina Monia. I jestem tak zadowolony z lektury, że postanowiłem zrobić coś, czego nie robię przeważnie: napisać pełnoprawną recenzję.
Na wstępie: widać, że Marcin pisze nie od dziś, bo językiem włada sprawnie. Ma też rodzaj wyobraźni, który lubię: stawia śmiałe założenia, łączy odległe fakty, ale też wyciąga z nich logiczne wnioski.
Każde z opowiadań zabrało mnie w ciekawe miejsce, również każde zostawiło mnie z żywym obrazem w głowie i piramidą pytań. Pozwolę sobie streścić i skomentować je po kolei:
Nadzorca
Zbiorek otwiera niecodzienna wizja, której bohaterami są więźniowie i uczestnicy eksperymentu prowadzonego przez kosmitów. Opowiadanie ma fajny opresyjny klimat. Wydaje się, że pod przykrywką konwencji SF typu “CUBE”, kryje się głębsza metafora społeczna. Obawiam się jednak jej subtelność trochę mi umknęła. Moim kluczem do odczytania była nieobecność samych kosmitów-projektantów: pod ich nieobecność ludzie potrafią sami uczynić swoją egzystencję piekłem. Czy odczytałem poprawnie?
Uchwycone w zwierciadle
Piękne Science fiction w pełnej krasie. Statek kolonizacyjny ląduje na planecie i odkrywa oprócz prostego życia, ślad dziwnego obcego artefaktu. Tenże artefakt będzie niemym świadkiem tego, jak załoga skacze sobie gardeł. Świetny pomysł na rotacyjny system hibernacji załogi i jego masakryczne konsekwencje.
Definitywnie moje ulubione opowiadanie ze zbioru. Jednak od razu tu ostrzeżenie, że tekst porusza bardzo ciężkie tematy.
Gdy gwiazdy się ułożą
Tu dla odmiany tekst o bardziej humorystycznym charakterze, choć początkowo nic tego nie wskazuje. Szczerze mówiąc wręcz nachodzi mnie myśl, że humorystyczny aspekt opowiadania nadszedł później w trakcie jego pisania, bo nie do końca pasuje do reszty.
Jedna długa noc
Jedna długa noc, to bardziej obrazek SF, niż opowiadanie. Nic w nim się nie zmienia, nie ma konfliktu, prawie nie ma wydarzeń. Jest tylko jedna bohaterka na pokładzie statku kosmicznego, którą jest niepokojąco pogodzona ze śmiercią.
Drugie miasto
Kolejne opowiadanie to wizja iście dickowska. Oto mamy równoległą rzeczywistość, a droga do niej prowadzi przez zażycie narkotyku pochodzącego niewiadomo skąd. Cała opowieść umieszczona w ramie rozmowy bohatera i jego dilera. Tu niestety znów zakończenie pozostawia nas w niepewności co do natury świata.
Szept pielgrzymów
Najbardziej rozbudowana z przedstawionych fikcji. Bohaterowie uwięzieni w arktycznej bazie nawiązują kontakt z istotami o wyjątkowej mocy. Szept Pielgrzymów to przede wszystkim doskonale językowo zrealizowana opowieść – mam wciąż w głowie plastyczny obraz katastrofy helikoptera na początku opowiadania. Opisy niesamowitych zdarzeń zdradzają tu subtelne podpowiedzi na temat istot, z którymi mamy do czynienia i dopiero poznawszy je potrafimy spiąć wydarzenia w całość. Opowiadanie niestety kończy się jakby w połowie, nieszczególnie dramatycznym wydarzeniem i daje nam epilog, który może jest logiczną konsekwencją wydarzeń, ale pozostawia pewien niedosyt.
Sumarycznie Bogowie i Pielgrzymi to zgrabnie napisany zbiór opowiadań, któremu moim zdaniem niewiele brakuje. Gdybym mógł sobie zażyczyć czegoś od autora to mocniejszych rozwinięć i jeszcze bardziej mocnych zakończeń. Na ten problem cierpią właściwie wszystkie opowiadania (najmniej “Uchwycone w zwierciadle”). Każde z nich prosi się o rozbudowanie o jeszcze jeden zwrot akcji i zakończenie rozwalającą głowę konkluzją.
Może to pomysł autora na zbudowanie w nas czytelniczego głodu? Jeżeli tak to skuteczny, bo definitywnie mam ochotę na więcej.
Zbiór Bogowie i pielgrzymi ściągniecie za darmo w kilku różnych formatach dokładnie stąd.
Stary robot poprawia szlafrok, zapala fajkę, głaszcze psa. To jeszcze wydaje mu się prawdziwe.
Czy pies żyje? Nie może być tego pewien.
Ubiera kapcie. Idzie gdzieś powłócząc nogami.
Otaczają go inne istoty. Część jest niepokojąco szybka. Inne nie poruszają się już w ogóle. Nie ma już siły poznawać ich. Nie ma energii naprawiać wszystkiego, co zepsuł.
Siada. Nudzi się.
Nie zadbał o zadania, ani rozrywki do czasu wchmuręwstąpienia.
Kto wie zresztą, może już nastąpiło? Może została tu tylko skorupa.
Czasem ktoś przychodzi. Sięga wtedy do banków pamięci, do czasów gdy nie był zbędny. Opowiada.
– Rozważam sens życia gadziego. Filozofia kambryjska wyróżnia dwa podstawowe sensy: przetrwanie genetyczne poprzez wydanie potomstwa oraz trwały ślad memetyczny pozostawiony w noosferze.
– To najczęściej dyskutowane projekty nieśmiertelności.
– Lecz w obliczu wydarzeń kosmicznych, skali całego globu, śmierci gatunkowej… przykładowo zgaśnięcia słońca, erupcji superwulkanu, upadku megatonowego meteoru. Czy coś jeszcze ma sens?
– Bracie, wiemy, że nic po nas nie zostanie za tysiąc lat. Czy dziś wszystko ma sens?
Dobrze pan usłyszał. Wyprowadzam telefony na spacer.
Dziesięć tysięcy kroków dziennie. To granica dla pięćdziesięcioprocentowej ugli od ubezpieczenia zdrowotnego. Są zniżki na stacjach benzynowych. Lepsze warunki kredytu. Loterie.
Program “państwo FIT”, musiał pan słyszeć.
Wystarczy zainstalować apkę.
Zgadza się, kto miałby czas.
Ludzie kupują stepomatory do telefonów, ale zdradzają ich dane GPS. Inni hackują telefony, windują kroki, wgrywają trasy, ale ubezpieczyciele czasem sprawdzają monitoring.
Odsiadka za oszustwa podatkowe.
Biorę telefon na dwie godzinki. Zabezpieczamy. Pan dostaje zastępczy ze zdalnym pulpitem.
Mam w plecaku telefony trzydziestu klientów. Moja małżonka może przyjść po telefon żony.
Mój język miłości zaczyna się na wysokości serca, gdzie zwinięty jest niczym wąż.
Przez większość czasu używam jedynie jego końcówki na wzór ludzkiego języka, celem smakowania pożywienia i formowania dźwięków atrakcyjnych dla ludzkich kobiet.
W sytuacji podniecenia jednak zwoje ukryte w komorze ciała prostują się i pozwalają mi wysunąć organ na długość około metra.
Ewolucyjnie to nardzędzie higieny osobistej, jednak ma pewne niedzowne zalety w sytuacjach intymnych.
Za przyzwoleniem partnerki może służyć do pocałunków, podduszania lub innych pieszczot.
Pozwalam sobie na takie igraszki jedynie w trwałych związkach, pełnych zrozumienia i szczerości.