PLANSZÓWKI

Tak, generale, gry. Planszowe głównie. Zawdzięczamy im życie.

Militarnie byliśmy straceni. Bordanie mieli przewagę liczebną, technologiczną… biologiczną nawet. Mogliby unicestwić nas bez trudu. 

Nie wygraliśmy żadnej bitwy, ale strąciliśmy kilka ich krążowników. Pojmaliśmy załogę. Jeńcy byli jednak nieugięci.

Strażnik więzienny nosił planszówki dla zabijania czasu. Odkrył, że wyabstrahowane konflikty są dla Bordan jak narkotyk. 

Ich półkule mózgowe są hiperwyspecjalizowane. Powstaje sprzężenie zwrotne na styku logicznej i narracyjnej części mózgu.

Ani książki, ani matematyka. Tylko gry. 

Nigdy nie mieli swoich. W stanie, który wywołują u nich, nie da się projektować. 

Leci Bordiańska delegacja pokojowa. 

Powinien generał, przeczytać instrukcje do następujących tytułów…

KRĄG ŻYCIA

To naturalna kolej rzeczy.

Winsektydy żywią się supergrzybnią.

Plastpająki zjadają winsektydy, żeby naładować swoje baterie i syntezować sieci z czerńjedwabiu. 

Sieci pożerają solarniki, żeby budować kolektory słoneczne, które zasilają lampy naszych kroczących ogrodów. 

My żywimy się ich hipertroficznymi owocami, a sami jesteśmy zwierzyną dla killbotów. 

Na killboty polują predatorianie, a ci z kolei są pożerani przez ramozaury. 

Ramozaury czasem umierają same, a czasem pożera je lewiatan. 

Gdy któraś z wielkich maszyn umiera na części rozbierają ją gryzaki i piłaki. 

Szczątki z metalu i plastiku pożera nano, na którym rośnie supergrzybnia.

Zawsze tak było i będzie. Jesteśmy częścią nieprzerwanego kręgu życia.

BEZ

Córeczko, moja astronautko, wysyłam ci bez z naszego ogrodu. 

Gdy opuszczaliście Ziemię liczył się każdy gram masy. Teraz windami kosmicznymi można wynieść na orbitę właściwie cokolwiek.

To ledwie sadzonka, ale zanim doleci do Proximy, będzie już małym krzewem. 

Jeszcze lata upłyną zanim skończycie swoje badania. Tak będziesz mogła poczuć przynajmniej zapach domu.

Cały statek to jedna hydroponiczna kapsuła. Prosty napęd z podstawową autonomiczną inteligencją. 

Jest za głupi, żeby was znaleźć. Będziesz musiała go przechwycić. Celuję w orbitę planety C.

Centrala ogłosiła już porażkę waszej misji. Stracony sygnał. Ale ja wiem lepiej.

Zrób, co musisz zrobić, córeczko. 

I wracaj do domu.

KLATKA

Satelity zmiótł jakiś odpowiednik atomówki.

Tyle wystarczyło. 

Najbardziej dotkliwa była strata GPS (nie możecie pamiętać), lecz straciliśmy znacznie więcej.

Straciliśmy nadzieję. 

Nadeszły lata szaleństwa: zamieszki, teorie konspiracyjne, reformacje religijne, rządy światowe,  dni niepodległości i ogłaszanie poddaństwa. 

Retoryczny taniec redefiniowania sensów po strąceniu z piedestału stworzenia.

Obcy nie lądowali, nie bombardowali. Nigdy nie odezwali się słowem. 

Ale zrozumieliśmy: Nie wypuszczą nas.

Nawet gdybyśmy kiedykolwiek sprzątnęli satelitarny złom na orbicie, czeka nas kordon dronów wokół Ziemi. Znacie go jako “Plaster miodu”. 

Dla was to stałe punkty nieboskłonu. Dorastaliście w ich świetle.

Jesteście pierwszym pokoleniem zwierząt w klatce. Wy napiszecie nowy sens ludzkości.

DRUGI PIES

Droga redakcjo, 

po spacerze z psem zastałam w mieszkaniu kopię mojego psa. Mam teraz dwa identyczne psy. Co robić? 

Justyna

Droga Justyno,

dobra wiadomość brzmi: kopia nie jest antypsem – ich spotkanie zakończyłoby się anihilacją układu słonecznego.

Sprawdź sumy kontrolne w przepisach na sałatki na stronie 38. Możliwe, że na spacerze przeskoczyłaś do równoległego wszechświata. Jeżeli potrafisz, wróć do siebie, jeżeli nie – witamy, rozgość się. 

Jeżeli sumy są zgodne, zapewne nastąpiła dekoherencja psa. Zważ oba zwierzaki, porównaj z masą oryginału. 

Poczekaj tydzień, aż pies zsynchronizuje się. Jeżeli twój pupil odmówi, pozostaje ci cieszyć się drugim psem. 

Pozdrawiamy, 

redakcja Kwantowej Pani Domu

OTWARCIE

Otwierają kilkutonowe drzwi schronu. Wielu “potomków królów świata” zobaczy słońce pierwszy raz w życiu. 

Kilku starców pamięta z dzieciństwa: świat doprowadzony do wrzenia, apokaliptycznych jeźdców katastrofy klimatycznej, przeddzień krachu finansowego, prostesty po kaskadowych bankructwach, czołgi na ulicach.

Na zewnątrz spodziewają się świata w ruinie.

Jest piękny dzień.

– Witajcie.

Przed wejściem stoi tłum. Nie mutanci popromienni. Nie łachmaniarze barbarzyńcy. Prości ludzie. Zdrowi, szczęśliwi.

Opowiadają historię świata.

Gdy górny procent zniknął w schronach, wszystko się zmieniło. Odeszli najbardziej bezwzględni, ich kapitały rozpuszczono, ich świat wymyślono na nowo. Po ludzku, sprawiedliwie.

– Musicie nas nienawidzieć.

– Nienawidziliśmy. Długo.

– Co z nami zrobicie?

– Wybaczymy wam. Zapracujecie.

ŁUSKI

– Ukryj się! Tam, na dnie jaskini. Widzisz?

– Tak, wąż. Z pięć ton.

– Przyjrzyj się.

– Jego łuski… poruszają się?

– To nie łuski. Kleszcze giganty. Pasożyty. Krwiopijcy.

– Ale… aż tyle.

– Jest obiektem krwawego kultu. Wyznawcy karmią go żywymi ofiarami. Gdy śpi przyczepiają kleszcze. Jak pajęczak się opije odchodzi, a kultyści go łapią. Potem otwierają odwłok nożem i piją.

– Chyba się porzygam. Czy chcę wiedzieć dlaczego?

– Smocza krew daje im moc. Kleszcz neutralizuje trujące antyciała.

– Czekaj, czekaj. Ten wąż to smok?

– Zaczynasz rozumieć.

– Czemu on nie ma skrzydeł? Łap?

– Dam ci chwilę.

– Oni… Bogowie!

– Myślałeś, że idziemy zgładzić potwora. Przyszliśmy skrócić mu męki.

SŁOŃCE

Rydwan mknie po niebie. To kolejne dobre stulecie dla Heliosa.

Oto Słońce Niezwyciężone. Sol Invictus. 

Ledwie co wchłonął atrybuty Mitry, Baala, Apollona i Ra. Na dniach zdetronizuje Jupitera.

Kult jest silniejszy niż kiedykolwiek. Tylko dokończy prześladowania wyznawców Syna Jahwe, pleniących się jak chwasty po rzymskim imperium, będzie Jedynym, Wiecznym, Wszechmocnym.

Nie będzie już innych bogów. Nastanie monoteizm wiekuisty.  Żaden byt nie ośmieli się już wkroczyć w niebiańskie podwoje.

Na jego oblicze pada cień. Helios nie nawykł, by cokolwiek przysłaniało jego światłość. 

Skrzydła. Ptak? 

Gryf?

Człowiek?

– To za mego syna.

Ostrze rozcina złociste gardło. Zapada zaćmienie.

– Pamiętasz go? Czy pamiętasz Ikara? 

ŁADOWANIE

Trafiam tam raz w miesiącu. Wbrew własnej woli. Wbrew logice.

Powierzchnię bezsłonecznej planety pokrywa ocean atramentu. Nie ma tu życia, ani sensu.

Powietrze jest rzadkie, oddycha się ciężko.

Grawitacja jest wyższa, ale wyporność czarnej cieczy nie pozwala utonąć. 

Tylko przy wezbranej fali gardło ściska panika.

Nie mogę stanąć, nie ma dna. Leżę w pozycji najniższej energii. 

Da się płynąć, ale nie ma gdzie.

Można krzyczeć w pustkę. Odpowiada tylko echo.

Wstęga pierścienia na niebie wypełnia się  powoli światłem. Pasek postępu.

Ekran ładowania symulacji. Mogę tylko czekać. Minie samo. 

Za chwilę wrócę na Ziemię. 

Wiem, że to nie był ostatni raz.

PRZEDMIOTY

Przedmioty też idą do nieba. 

Gdy twórca rzeźbi w kamieniu, nabożnie składa drewno, pieczołowicie wykuwa metal, to oddaje coś z siebie. 

Czas, miłość, duszę. Pierwiastek boskiej cząstki, która stworzyła też jego. 

Dość, by wagi niebieskie na sądzie ostatecznym uznały przedmiot za godny. 

Najpiękniejsze osiągają świętość. Są odbiciem samego aktu stworzenia świata. 

Mogą też trafić do piekła. Demony są doskonale uzbrojone.

Ale większość trafia tutaj. Dlatego czyściec to wysypisko śmieci. Pełen jednorazowych pojemników, mebli z trocin, technologicznych mód z plastiku i krzemu. 

Nieochrzczone dzieci masowej produkcji i nienasyconej konsumpcji. 

Żyjemy pośród tych platonicznych imprintów. Niepięknych, niekochanych, zapomnianych i zbytecznych.

Jak my.